przekład ustny: konsekutywny i symultaniczny
przekład pisemny: proza, dramat, reportaż, esej, biografia, nauka, sztuki plastyczne, muzyka, reklama itp.


устный перевод: последовательный и синхронный
письменный перевод: проза, пьесы, документальные, эссе, биография, наука, изобразительное искусство, музыка, реклама и т.п.

21.02.2017

Władimir Makanin, Właz, przeł. Krzysztof Tyczko (fragment, łącznie ok. 3,5 ark. wyd.)

Niniejsza publikacja ma charakter informacyjny.


1

NIEZDECYDOWANA KOTKA W DRZWIACH. Kotka stoi w samych drzwiach. Ani wte, ani wewte. I oczywiście przeszkadza mu w ich zamknięciu. „No...? Do domu? Czy na dwór?” – Kluczariow pośpiesza ją intonacją głosu, po czym zamyka mieszkanie i szybko schodzi. Wyprzedza kotkę (ta miękko skacze po stopniach) i wychodzi na ulicę.
Na ulicy nachodzą go myśli o śmierci jego kolegi — Pawłowa. Jak umarł? W jakich okolicznościach...? Nie wie nic. Jeśli liczyć tylko tych z prospektu, to w tłumie, w ruchomym ścisku zginęło przeszło dwieście osób. Ale tłum nie liczy. (A Pawłowa przecież tam nie było.)

O tym, że ulica jest pusta, a ludzie chowają się w mieszkaniach za szczelnie zasłoniętymi oknami, stara się nie myśleć. Fakt, bez ludzi jest trochę makabrycznie. Z drugiej strony, nie ma ludzi, to nie ma niebezpieczeństwa. Jest ciepło. Ma się ku wieczorowi. Ale to jeszcze nie noc. Ciepło uliczne sprawia wrażenie, jakby lada moment miał rozlec się gwizd i wysypać tłum pewnych ludzi, a razem z nim – bo skąd masz wiedzieć – morderstwa, grabieże, gwałt na słabych — wrażenie jest przytłaczające, a ty bądź mężny i nie trać ducha... Jednocześnie na ulicy jest pusto. Cicho. I właśnie to jest życie... – tak kolebią się jego subtelne, strachliwe inteligenckie myśli. Sam inteligent zaś idzie.
Jeżeli spojrzymy teraz z góry: opustoszałe miasto, bez ludzi, bez poruszających się samochodów (pojedyncze, martwo stojące po brzegach pojazdy jeszcze bardziej podkreślają ogólny bezruch). Puste chodniki. Po glansowanej ulicy przemieszcza się jeden jedyny człowiek, w swetrze, w czapce z pomponem, pompon z każdym krokiem lekko podskakuje. Tym człowiekiem jest Kluczariow, nasz stary znajomy. (Postarzał się cokolwiek i przygasł, mocno posiwiałe skronie, siwizna na włosach. Ale jeszcze w krzepie. Mężczyzna.)
W marszu od czasu do czasu łapie go coś na kształt kurczu, jakby pod ubraniem na boku miał niezupełnie zagojoną ranę (tak też jest, przy czym kilka ran). Dziana, lekka czapka na głowie (wygląda, że narciarska), wieńcząc powszedniość swetra i spodni, przydaje mu dziwactwa. (Kluczariow się z tym nie zgadza. W jego mniemaniu czapka jest efektem długiej drogi odbytej przez logikę jego inteligenckiej przynależności, która znalazła dla siebie skromne wyzwanie i przybrała zarazem formę ochronną. Wszelako bez mimikry.)
I rzeczywiście, gwizd rozlega się, gdy Kluczariow przechodzi obok trzeciego z kolei pięciopiętrowca. Staje. Patrzy. Ale nic. Żywej duszy. (Cóż, ktoś mógł sobie gwizdnąć ot tak, po prostu.)

*

Kontynuując drogę wzdłuż równo stojących pięciopiętrowców, Kluczariow znajomą, asfaltową ścieżką dochodzi do pustosza — pustosz zamienia się w łączkę, a ścieżka z asfaltowej — w wąską i wijącą się pośród traw ścieżynkę. Wszystko jeszcze jest dobrze widoczne. A tu dwa charakterystyczne krzaki końskiego szczawiu z wysoko wyrosłymi wiechami. Podchodzi do wąskiego włazu w ziemi, czy też dziury – jak on ten właz ochrzcił, i aby niepotrzebnie nie nieść ze sobą dodatkowego piachu, postukuje nogami. (Gdy pada, buty oblepione błotem wyciera o twardą trawę. Ale teraz jest sucho.)
Zwiesiwszy nogi do dziury, jakiś czas siedzi i rozważa. Następnie schodzi, a dokładniej, przeciska się. Ciało trze o krawędzie dziury, nierówności drapią, ale, dzięki bogu, nie drą. (Innym razem schodzi się lekko.) I tak, przyćmiwszy ostrożność, o kanciasty, sterczący krzemień rozpruwa na boku starą, gojącą się już ranę. S-s-s! Koszula od razu namokła, krew. A w dół poleciały zerwane guziki. Nie przecisnął się nawet jeszcze za połowę (za przesmyk), a guziki jego koszuli są już na dole i słychać nawet drobny ich brzdęk o posadzkę. W przesmyku jest ciasno. Ciało Kluczariowa wykonuje umiejętny ruch obrotowy, wkręca się, na sekundę ścisk zapiera dech w piersiach, ale tylko na sekundę, bowiem już przedostał się i oto wisi nad pęcherzem jaskini, i to nie ciemnym, a nad oświetloną, przestronną salą z ustawionymi stolikami, przy których siedzą, rozmawiają i popijają trunki ludzie.
Schodzi po metalowych prętach schodków (niby wysoka drabinka) i zanurza się we wnętrzu tego urokliwego pomieszczenia z wyrazistą podłogą w szachownicę. Duże, ciemne na przemian z białymi, kwadraty rozrzucone są po całej powierzchni podłogi. Z drabinki staje na jednym z nich, od razu też dostrzega dwa swoje guziki.
W piwniczce panuje gwar: piją, rozmawiają. (Kluczariowowi w istocie potrzebny jest szpadel, dobry, zwykły szpadel z gładkim trzonkiem, ale nie może przecież tak bezceremonialnie pójść i go kupić.) Widzi Andrieja Baszkina, Siewierjanycza i Tanię Jermiejewą, machają na niego. Nie tylko podobieństwo jest pomiędzy nimi, ale już i pokrewieństwo. Tak czy siak będzie przechodził obok nich. Najpewniej machają doń szczerze, chcą, żeby podszedł, posiedział z nimi (odcienie! – nigdy nie masz tutaj stuprocentowej pewności); podchodzi więc, również uradowany spotkaniem. Nalewają mu, witają głośno i wesoło, przysuwają talerzyk z orzeszkami — no jak? Jak ty tam żyjesz...? Chcesz pewno porozmawiać, posiedzieć w towarzystwie? – pytają prawie chórem, dobrze wiedzą o jego skłonnościach.

Chcę! Bardzo! – oczywistością odpowiada na oczywistość, a ci – ucelowali! – śmieją się przyjacielsko.

Zuch, zuch facet…! Dobrze cię widzieć! Siadaj…! Co będziesz pił?

Od razu też znajdują dla niego krzesło (pół żartem, pół serio spierając się tam z kimś, przynoszą krzesło z sąsiedniego stolika) — Kluczariow nie ma zamiaru z nimi przesiadywać, choć, rzecz jasna, siada i siedzi z przyjemnością, trzyma obiema dłońmi szklankę (ogrzewa, chłodne) i popija łyk po łyku ciemne wino. Słucha dalszego ciągu ich rozmowy o tym, czym w istocie swojej jest współczesne społeczeństwo: wspólnotą? A może artelem, spółdzielnią…? O ile wspólnota korzeniami sięga głębiej, to spółdzielnia jest już organizacją. Dopiero zaczyna wchodzić w miąższ rozmowy, stęskniony, czuje przyjemną świeżość deliberacji, gdy do stolika podchodzi Nikodimow, jak zwykle poważny, przyjacielsko kładzie Kluczariowowi rękę na ramieniu i nachyla się (aby mówić cicho):

Wiktorze, chodźmy. Obiecuję ci, że na krótką chwilę.

Kluczariow szybkim ruchem wrzuca do ust dwa orzeszki. Słone, dobrze obrane. Chciałby jeszcze posiedzieć, ale Nikodimow nalega:

Witia, obiecałem, że przyprowadzę cię, jak tylko się zjawisz. No, chodź, bądź kolegą.

Kluczariow kiwa zatem całemu mądremu i sympatycznemu towarzystwu na znak, że wróci, gdy tylko będzie mógł. Następnie we dwójkę idą między stolikami przez całą tę piwniczkę-restaurację i skręcając w długi podziemny korytarz ze wspaniałym, miękkim oświetleniem, wychodzą. Tak tu jasno, niczym na dworze w słoneczny, pełny dzień. Z fantazją i smakiem tak wszystko urządzono, że nawet nie widać, gdzie pochowano lampy. Nikodimow idzie pierwszy. A oto biuro. Kluczariow czuje, że idzie do tej redakcji bez żadnej chęci. I tak samo — będzie coś tam mówił bez najmniejszej ochoty. Nie potrzebuje tego. Przecież tak na prawdę potrzebny mu jest szpadel. Zwykły szpadel. Komedia...
Mijają drzwi obrotowe. „On ze mną” – w ten prosty sposób Nikodimow opowiada się przed stróżem. I przechodzą dalej. (...)