przekład ustny: konsekutywny i symultaniczny
przekład pisemny: proza, dramat, reportaż, esej, biografia, nauka, sztuki plastyczne, muzyka, reklama itp.


устный перевод: последовательный и синхронный
письменный перевод: проза, пьесы, документальные, эссе, биография, наука, изобразительное искусство, музыка, реклама и т.п.

15.04.2017

Asia Wołoszyna, Mama, przeł. Krzysztof Tyczko (fragment sztuki, całość pow. 1,5 akr. wyd.)

Jest to wymyślony (bądź nie) verbatim, w którym dorastająca na początku XXI wieku bohaterka opowiada o najbardziej bolesnych momentach swojego zwykłego życia. Opowiada swojej nieżyjącej już mamie (?) albo nienarodzonej córce (?). Sztuka ta traktuje o samoidentyfikacji, o skrzywionym spojrzeniu na własne życie, o gender, o egzystencjalnej samotności i lęku. 

Tekst znalazł się na krótkiej liście konkursu nowej dramaturgii "Ljubimowka" w 2016 r. 
Akcja Jurija Butusowa na podstawie tekstu "Mama" wchodzi w skład repertuaru Teatru im. Lensowietu (Sankt Petersburg, Rosja).

(...)
A to.
Tylko już z happy endem. Z Weroniką.
Tak gdzieś po pół roku, może trochę więcej, zaczęłyśmy się przyjaźnić. W ogóle to ja nigdy nie chciałam się z nią przyjaźnić. Chciałam przyjść do niej do domu, tego pragnęłam masakrycznie. Każdą swoją komórką. Zobaczyć, jak ona mieszka, jej kota, książki. Żeby poświęciła mi swój wiersz - to w ogóle byłby odjazd. I się spełniło.
Ale nie przyjaźń.
Bo to by wszystko popsuło.
Pragnęłam, najbardziej na świecie, najbardziej, żeby ona była szczęśliwa. Codziennie pragnęłam, w każdej sekundzie, jak jakaś maniaczka. Bo ona nie była tak do końca szczęśliwa. W sumie to oczywiste. Inaczej po co 35-latka miałaby się angażować w ten nasz klub. Też miała przygody z wieloletnią nieodwzajemnioną miłością itp. Znam tę historię dobrze, ale dajmy spokój. No więc zaczęłyśmy się przyjaźnić. I idziemy kiedyś do niej po schodach, w ogóle nie po raz pierwszy, ciemno na klatce, robię krok na pierwszy stopień, czyli jakbym tak leciała, jakbym była pomiędzy, i ona wtedy mi mówi: „Oluś, wiesz, zakochałam się.” I pamiętam, jak wszystko tak jakby zaczęło wirować, cała ciemność, i spadło na mnie takie jakieś nieludzkie w ogóle. Szczęście. Albo przeczucie. Przeczucie, że dzięki mnie ona będzie szczęśliwa. W ogóle jakieś meganierealne.
„Zakochałam się.”
I opowiadała mi później - mi, właśnie mi - jak oni tam się widują z nim w pokoju, z tym nowym kolegą z pracy. Jak wyznacza tam dyżury swoim studentom, akurat kiedy on ma okienko. I jak nie jest w stanie wypowiedzieć ani słowa (chociaż to przecież doświadczona kobieta). Albo jak zaproponował jej kawę, nalał, a ona nie była w stanie się nawet napić, bo tak jej drżały ręce. Wszystko to mi. Myślę, że nawet tylko mi. A ja to wtedy rozumiałam jak nikt inny. No bo jakby byłam przy niej, i tak samo. A ona mi to opowiada. Super to w ogóle było. Potem oni się w sumie szybko pobrali. Czyli happy end. Byłam jakby świadkiem tego ich romansu. Opowiadała, jak on przyszedł do niej po raz pierwszy. I jak tej nocy u niej na klatce zapaliła się szafa, którą sąsiedzi wystawili. Straż itd. Wydawało mi się, że aż widzę, jak oni tak w tym dymie, i nawet go nie zauważają. Pewnie od petów, może jacyś bezdomni tam siedzieli, zawsze tam mieli problemy z domofonem.
W ogóle jej okna wychodziły na główną naszą ulicę, na Krasną. To też miało swoją magię. Można było zawsze sprawdzić, czy jest w domu. Do teraz można. Tylko że teraz to już czy są oboje.
Mówiła wtedy jeszcze o tamtej nocy, że to była taka „Noc miłości”. Jakby to wzięła z jakiegoś Harlequina. Żenua normalnie. Ale wtedy tak mi się to podobało. „Noc miłości”.
W ogóle myślałam też chyba wtedy, że to dzięki mnie tak wszystko się u niej ułożyło. Dzięki temu mojemu pragnieniu. Bo ono było bardzo. Hm. Gorące. Wierzyłam wtedy w to, że tak potrafię. Tylko że musiałam po prostu szaleńczo kochać. Od tamtej pory już nigdy do takiego stopnia, generalnie, dla nikogo więcej. Dlatego że było w tym coś. Coś takiego, że się spalam.
A o śmierci mojej mamy Weronice nic nie opowiadałam.
Dlatego że bałam się, że wtedy zobaczy we mnie coś takiego. Z Freuda coś. A ja wiem, że tego tam nie było, absolutnie. Po prostu była miłość.
Taka miłość.
(...)


*
Jeśli jacyś nowi dla mnie ludzie zaczynają temat mojej rodziny, to odpowiadam, że mam dwie babcie: babcię-dysydentkę i babcię-patriotkę. To generalnie trochę taka ściema, ale brzmi śmiesznie. Dłużej mieszkałam z babcią-dysydentką, z mamą mamy. Dysydentką tak na prawdę ona nigdy nie była, ale kiedy miałam 12 lat opowiedziała mi, że pewną jej koleżankę (którą znałam) skazali za samizdat. No, za maszynę do pisania. To wywarło na mnie ogromne wrażenie. Babcia miała przepisaną na tej maszynie i oprawioną Achmatową i „Brzydkie łabędzie”. W tamtych czasach na pewno to ukrywała, ale kiedy byłam mała, to te książki stały już normalnie na półce. Litery były wyblakłe i bardzo trudno się czytało, ale jako dziecko to przeczytałam.
Już dwa razy na urodziny dałam babci-dysydentce w prezencie abonament na TV Rain. Bardzo się cieszy.
Babcia-patriotka uważa, że Krym jest nasz. I że „dzięki Bogu ta ziemia jest dostatecznie zlana rosyjską krwią.”
Dlaczego „dzięki Bogu”?
Przecież ona w Boga w ogóle nie wierzy, chociaż w dzieciństwie ją potajemnie ochrzczono. I przecież w ogóle cały czas krąży w rodzinie historia, że jej przodkowie byli kozakami, a w wojnie domowej walczyli za czerwonych. I babcia jest z tego dumna. No i tym bardziej, że mama mojego dziadka, czyli jej teściowa, była szlachcianką, ale ukryła swoje pochodzenie, i babcia-patriotka przez wiele lat kochała ją jak matkę po prostu. I tak myślę, że wszystkie zasoby kulturalne to ma właśnie od niej. Strasznie to tam u nich jest skomplikowane.
Babcia-dysydentka zawsze była dla mnie (i dla siebie) bardzo surowa. Babcia-patriotka chwaliła mnie z byle powodu. Do niemożliwości. Stąd mam pewne skrzywienia. No, na przykład, czasem teraz tak sobie o tym wszystkim myślę, że jeśli do pochwał odnosiłabym się jak do realnej oceny moich możliwości, a nie jak do takiego jakby dodatku, to może spróbowałabym czegoś więcej. Na przykład zdawać do innego miasta. A może nie. Nie ważne.
Niedawno przyszłam do babci-patriotki i zobaczyłam na lodówce magnesik ze Stalinem.
Chciało mi się płakać.
Chciało mi się krzyczeć.
I to przekleństwami.
Których ona nienawidzi.
Jak to jest możliwe?
Powiedziałam sucho, że nie życzę sobie, żeby to tutaj wisiało, kiedy przychodzę. Nie było to może najmądrzejsze, ale nie mogłam poradzić sobie z emocjami, tak.
Babcia się zawstydziła; i zaczęła się bronić. Mówiła, że to dla jaj. Dokładnie tak: „dla jaj”. Powtarzała. Od taty się tak nauczyła mówić. Odpowiedziałam sucho, że nic jajcarskiego tu nie widzę. Wtedy zaczęła się jeszcze mocniej bronić i wygadywać to wszystko. „Za to mieliśmy silny kraj. Wszyscy się nas bali. Zero korupcji. Zero rozpusty. Dzieci nie sprzedawali na organy, nie było pedofilii. Za Jelcyna od lewej wódy umarło więcej ludzi niż przy Stalinie”. (Cudownie!) A jeszcze też, że w ogóle młodzież nie wąchała wtedy „Momentu” po klatkach i się nie kłuła. Chociaż wątpię, żeby babcia przez całe swoje życie spotkała chociaż jedną osobę wąchającą klej „Moment”. Ja na przykład nie spotkałam.
A więc siedzę tak w tej jej czyściutkiej i samotnej kuchni nad tymi jej kotletami i myślę: „To już marazm czy jeszcze nie?” Mam na to wszystko odpowiadać, czy w końcu jestem za wolność myślenia. No i ona jest jakby dorosłym, poważnym człowiekiem, który żył także w czasach Stalina, widziała wojnę, o której ja tylko czytałam. I tak dalej.
Jak ona żyła? Patrzę na nią, pamiętam ją prawie jeszcze młodą - o te 20 czy 25 lat starszą ode mnie teraźniejszej. Pamiętam, jak miałam z 5 lat i ją rysowałam, i uważałam, że jest o wiele piękniejsza niż babcia-dysydentka, dlatego że ma długie, podcięte w lob, włosy i w dodatku bez siwizny. Patrzę na jej zmarszczki. Częstuje mnie swoimi przetworami. Po trzy razy każdym. Zawsze. Odmawiam, jak zwykle. Jak ona żyła? Pracowała w Naukowym Instytucie Badawczym - czy musiała podpisywać te kolektywne pisma itd. Robić te wszystkie paskudztwa. To były co prawda inne lata, ale i tak. Uważano, że lubi literaturę - ciekawe jak zareagowała na proces Siniawskiego i Daniela albo Brodzkiego. Śmieszne pytanie. Jeśli tato by nie poszedł na uniwerek, mogli go wziąć do Afganistanu. Co ona o tym myślała? Nie zauważała, jak wszyscy? Jem kotlety.
Ona często opowiada, że jeszcze od czasów młodości śni jej się Puszkin. I mówi to z taką miną, jakby mieli tam naprawdę gorący romans.
(...)